|
Było już ciemno, gdy z internatu sióstr nazaretanek w Krakowie wyszło
sześć dziewcząt z niewielkimi plecakami. Wolnym krokiem powędrowały na
stację kolejową, gdzie miały wsiąść do nocnego pociągu jadącego do
Zakopanego. Miały jeszcze sporo czasu. Pociąg odchodził o północy, a
one wyszły przed dziesiątą, aby zdążyć przed zamknięciem bramy
internatu.
– No, teraz nie mamy już odwrotu – powiedziała Elżbieta.
– A dlaczego miałybyśmy wracać? – zapytała Danuta. – Myślisz, że ksiądz nie przyjdzie?
- Ten człowiek nie rzuca słów na wiatr. Tak mi się tylko powiedziało. Chodźmy!Droga na dworzec nie zajęła im wiele czasu. Tu nie było jeszcze nikogo. „Nic dziwnego” – stwierdziły turystki. W końcu pociąg miał odjechać dopiero za półtorej godziny. Bardziej zdziwiły się, gdy zamiast grupy chłopców zobaczyły tylko jednego, i to w dodatku bez bagażu.
– Jacek, co się stało? Co z resztą? – zapytała Elżbieta.
– Nie możemy jechać. W poniedziałek ma być zaliczenie. Musimy wkuwać.
– Jak to? Rezygnujecie?! Teraz? I mówią, że to kobiety są zmienne! – Elżbieta nie wiedziała, czy złościć się, czy płakać. Tak liczyli na tę wycieczkę. Nawet ksiądz się zgodził! A chłopaki dali plamę!
– Nie ma wyjścia. Chcecie, żebyśmy oblali? Też nam szkoda, ale nie damy rady!
– Co to za kłótnie w środku nocy? – pytanie zadane ciepłym, niskim głosem przerwało gorącą wymianę zdań. Młodzi ludzie odwrócili się. „Głos znajomy, twarz też – pomyślała Danuta – ale jakoś dziwnie on wygląda.” Przed nimi stał ksiądz Wojtyła. W takim rynsztunku widzieli go pierwszy raz w życiu. Sutannę zastępowała mu wiatrówka, na nogach miał turystyczne buty i pumpy, a przez ramię przewieszony był chlebak.
– Chłopcy dezerterują – z zawodem w głosie powiedziała Elżbieta. – Nie wiemy, co zrobić. Chyba zrezygnujemy z wycieczki. Tylko...
– Nie macie, gdzie wrócić?
Wojtyła znał zasady panujące u nazaretanek. Wiedział, że zamknięta o 22.00 furta otworzy się dopiero o szóstej rano. To oznaczało, że dziewczyny albo spędzą tę noc na dworcu, albo będą wędrować po ulicach Krakowa, albo...
– Wygląda na to, że nie mamy wyjścia. Zabierzecie mnie do Zakopanego?
Dziewczyny nie mogły uwierzyć własnemu szczęściu. Zaraz potem opadły je wątpliwości. Samotny kapłan w towarzystwie młodych kobiet w pociągu, w nocy, w czasach stalinowskiego terroru – czy ten ksiądz nie ryzykuje zbyt wiele? Przecież agenci UB byli wszędzie, a komuniści tylko czyhali na okazję by skompromitować księży.
– Nie martwcie się – powiedział Wojtyła widząc ich zakłopotane twarze. – W końcu znamy się na konspiracji.
„Pociąg do Zakopanego wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim” – skrzekliwa zapowiedź z głośnika przerwała rozmowę.
– No, zbierajmy się – powiedział ksiądz. – Zdaje się, że nie tylko my jesteśmy amatorami krokusów.
Rzeczywiście, pociąg był zapchany do granic wytrzymałości. Dziewczyny i ksiądz wspięli się po stopniach do wagonu. Wkrótce przeciągły gwizd lokomotywy oznajmił początek ich podróży.
„Jednak się udało – pomyślała Danuta. – Swoją drogą ma ten ksiądz odwagę! Tylko jak tu teraz z nim rozmawiać? Przecież nie możemy go wydać. Księdzem się go nie nazwie, bo strach, a per pan nie wypada. A gdyby tak?...” Zaczęła jej świtać pewna myśl.
Mimo nocnej pory podróż do Zakopanego minęła szybko. Do stolicy Tatr dojechali o świcie. Ze stacji poszli wprost do domu profesora Skawińskiego, który miał im pokazać krokusy. Danuta z Elżbietą szły trochę szybciej, reszta grupy z księdzem podążała za nimi.
– Nie myślałaś, jak by tu „ochrzcić” naszego duszpasterza? – zagadnęła Danuta.
– O czym ty mówisz?
– Całą noc łamaliśmy sobie języki i głowy, żeby nie nazywać go księdzem. Chcesz to ćwiczyć jeszcze raz?
– Co ci chodzi po głowie?
– Ksiądz mówił o konspiracji, a w konspiracji są pseudonimy. Dajmy mu jakiś. Na przykład „Wujek”.
– Eee, coś ty? Nie dość, że pojechał z nami nocą do Zakopanego, to jeszcze miałby pozwolić na taką poufałość??
– Jeśli ty nie chcesz, to ja go zapytam. Niech sam zadecyduje.
Danuta zwolniła kroku. Po chwili szła już obok księdza Wojtyły.
– Chciałyśmy raz jeszcze podziękować księdzu, że z nami pojechał.
– Nie ma za co, nie ma za co. Przecież nie mogłyście nocować na dworcu.
– Nie tylko nas ksiądz nie zostawił, ale poświęcił nam tyle czasu. Tak ciekawie się rozmawiało. Ta podróż minęła jak chwila.
– Nocne w pociągu rozmowy – z uśmiechem powiedział Wojtyła. – Jeszcze je kiedyś będziemy wspominać.
– Mamy nadzieję, że to nie ostatnia taka wycieczka.
– Na następną zapewnimy już i męską obsadę – dodał ksiądz.
– Więc ksiądz będzie z nami jeździć? To fantastycznie! Jest tylko jeden problem...
–Już wam się sprzykrzyło?...
– Ależ nie, skądże! Świetnie się rozmawia i w ogóle. Tyle, że trudno to robić w większym towarzystwie. Nie chciałybyśmy księdza zdradzić.
– A to stąd te formy bezosobowe. Tak, to rzeczywiście komplikacja. Jak to rozwiązać?
– Mamy pseudonim. Czy moglibyśmy mówić do księdza „Wujku”?
– A to zabawne. Nigdy nie miałem siostrzenic ani bratanków. Chociaż kiedyś w Wadowicach sprawdzałem rodzinne koligacje i wyszło mi, że niektórzy członkowie dalszej rodziny powinni tak się do mnie zwracać. Miałem wtedy chyba z dziesięć lat. Ale jakoś nikt nie wziął wtedy poważnie mojego zdania. A więc „Wujek”? Zgoda, niech tak będzie.
– Dziękujemy...Wujku.
Kilkanaście minut później cała grupa była już u Skawińskich. Po porannym poczęstunku poszli na Kalatówki. Krokusy wyglądały rzeczywiście pięknie.
/Paweł Zuchniewicz, "Papież Rodzin", Wydawnictwo M, 2005.
Rozdział I: „PRZED SKLEPEM JUBILERA”, CZYLI
KLEJNOTY LUDZKIEJ MIŁOŚCI/
|