Co można zrobić, gdy na
przykład, jedna z osób jest niewierna i porzuca tę drugą, gdy ktoś popada w
nałóg alkoholizmu, lub gdy zapada na śmiertelną chorobę?
Odpowiedź brzmi zawsze:
nawet w takich okolicznościach należy żyć w wierności. Wiele osób pozostaje
wiernymi powziętemu zobowiązaniu i nie zapomina o złożonej przed laty obietnicy:
„w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli”… Osoby te, widząc swoich
współmałżonków poniżonych przez nałóg, albo ciężko chorych, potrafią stanąć na
wysokości zadania, osiągając poziom miłości heroicznej. Lojalność okazujemy
przede wszystkim wobec siebie samych dotrzymując danego słowa.
Nie jest prawdą, że Kościół, nie uznając tych trudnych
okoliczności za powody do rozwodu, skazuje męża lub żonę na życie w
nieszczęściu. Osoby te nie będą nieszczęśliwe - pomimo trudności i cierpień -
jeśli potrafią nieść swój krzyż w wewnętrznej łączności z Panem Jezusem.
W każdym razie, dobrze jest ustalić, że jeśli ktoś dojdzie do
wniosku, iż sytuacja, jakiej przyszło mu stawić czoło, jest zbyt poważna lub
niebezpieczna dla niego lub dla dzieci (na przykład, życie u boku męża, który
upija się i jest gwałtowny lub jest niemoralny), to za środek zaradczy może
uznać separację. Jest to środek ostateczny, ale niekiedy najbardziej
odpowiedni.
Prawo do separacji przyznane w podobnych przypadkach nie jest
jednak równoznaczne z anulowaniem węzła małżeńskiego. Separacja nie jest
wyrokiem skazującym na niewierność, tylko specjalnym wezwaniem do świętości. Są
ludzie, którzy potrafią odpowiedzieć na to wezwanie. Na pewno zetknęliśmy się z
osobami, które będąc chorymi, na przykład, na nieuleczalne nowotwory, akceptują
własne położenie, wznosząc się często na wyżyny miłości Pana Boga. Są jednak i
tacy, którzy popadają w rozpacz.
Teza, według której uciążliwe małżeństwo przestaje mieć sens i
należy je zakończyć rozwodem, wyraża tę samą postawę rozpaczy, co określenie
cierpień nieuleczalnie chorego pacjenta jako „bezsensownych”. Postawa rozpaczy
skłania niektórych do uznania potrzeby ucieczki w eutanazję, która pozornie
tylko kładzie kres trudnemu położeniu samego cierpiącego.
Liczba osób rozwiedzionych, które ponownie zawierają cywilne
małżeństwa stale rośnie. Wszędzie spotykamy katolików, którzy po rozstaniu ze
współmałżonkiem zawierają nowy związek. Żaden z nich nie może, z religijnego
punktu widzenia, uregulować swojego drugiego małżeństwa. Jaka zatem powinna być
nasza postawa wobec nich?
Powinniśmy okazać zrozumienie, ale nie aprobatę. Nikomu nie wolno
osądzać osób znajdujących się w takich okolicznościach. Mimo że, co logiczne,
jesteśmy przeciw rozwodom, powinniśmy ze względu na przeżywane przez nich
trudności okazać wyrozumiałość dla ludzkiej słabości. Inne osoby, a konkretnie
inni katolicy też mogą popaść w podobne tarapaty.
Chrystus stał się człowiekiem dla chorych i dla grzeszników. Pan
Bóg jest miłosierny i nie wymaga niemożliwego. Pragnie tylko, „byśmy czynili, co
możemy i prosili o to, czego nie możemy uczynić” (św. Augustyn). Odnosi się to
do wszystkich, także rozwiedzionych. Bóg nie opuszcza nikogo, choćby sytuacja
wydawała się beznadziejna.
Natomiast, wspomniani katolicy, nawet jeśli żyjąc w nieprawym
małżeństwie nie mogą przystępować do sakramentów, powinni być wspomagani w
odkrywaniu wartości uczestnictwa w ofierze Chrystusa podczas mszy świętej, w
komunii duchowej, w modlitwie i w medytacji słowa Bożego. Powinno się zachęcać
ich, by dokonywali dzieł miłosierdzia, a jeżeli mają dzieci, trzeba pomagać w ich wychowaniu chrześcijańskim.
/Fragment książki ks. Arturo Cattaneo "...i żyli długo i szczęśliwie"/
|