„Nie”
wypowiadane podczas narzeczeństwa jest nie tylko możliwe, ale stanowi często
rygorystyczne wymaganie miłości. Spokojny
i pełen stanowczości sprzeciw wobec jakiejś nieumiarkowanej propozycji czyni
relację narzeczonych bardziej fascynującą i łączy ich mocniej niż zgoda.
Dotyczy to, zwłaszcza, sytuacji zbyt intymnych, prowokowanych egoizmem,
słabością lub strachem przed utratą partnera.
Młodzi
mężczyźni doświadczają płciowości inaczej, niż dziewczęta. One, często nie
posiadając rozeznania winy, pociągane przez środowisko, którego obyczaje chłoną
jakby przez osmozę, przez swój sposób ubierania się i poruszania, jawią się dla
łapczywych męskich oczu niczym towar oferowany na sprzedaż w samoobsługowym
supermarkecie. Jeśli, niesiona dziecinną próżnością, dziewczyna spaceruje w
dopasowanych spodniach lub w minispódniczce, nie powinno dziwić, że
młodzieniec, którego wizja rzeczywistości jest w dużym stopniu uformowana przez
napięcia płciowe, postrzega ją jako przedmiot do nabycia i konsekwentnie domaga
się od niej, aby dostarczyła mu przyjemności, którą zdawała się oferować.
Pośród
młodych słyszymy czasem takie pytania: „Jak można odmawiać nam tego prawa? Z
jakich powodów dziś trzeba wykluczać to, co jutro, po ceremonii przed ołtarzem,
stanie się wielkie i święte? Czy da się zamknąć w lodówce doświadczenie tak
podstawowe i głębokie, jak miłość?
Trzeba
sobie zdać sprawę, że rozerotyzowane środowisko, które często nas otacza, nie
sprzyja wyborowi dobrej drogi i nie jest dla nas najodpowiedniejsze, choć
pociąga swoimi wygodnymi zasadami aby „dać się ponieść” lub korzystać z przyjemności.
Jeśli
lepiej uświadomimy sobie prawdę o miłości umocnionej decyzją całkowitego
oddania, prościej będzie również zdać sobie sprawę z tego, że narzeczeni nie
posiadają jeszcze prawa do relacji intymnych, mimo że „kochają się” i mają
zamiar się pobrać. Dopóki mężczyzna i kobieta nie powierzyli się sobie w pełni
i nie oddali w sposób ostateczny wszystkiego,
czym są i co posiadają, czyli całego życia, nie można powiedzieć, że jest
między nimi prawdziwa -- pełna i ostateczna -- miłość. Akt wzajemnego oddania
zostaje dopełniony w chwili zawarcia małżeństwa. Do tego momentu przyszli
małżonkowie jeszcze do siebie nie należą, jeszcze nie uczynili swej miłości
wystarczająco zdecydowaną, a więc nie przekształcili miłości właściwej
narzeczeństwu w autentyczną miłość małżeńską. Nie mogą zatem domagać się od
drugiego człowieka najbardziej intymnego daru z jego ciała, gdyż jest to rodzaj
kradzieży. Takie sprzeniewierzanie się miłości prawdziwej ma niemal zawsze
smutne konsekwencje dla przyszłego wspólnego życia.
Niektórzy
jednak, z większą jeszcze zuchwałością, mówią: „Nie kupuje się produktu nie
wypróbowawszy go”. Takie twierdzenie zupełnie nie sprawdza się w życiu
małżeńskim. Małżeństwa, które „nie działają”, to nie te, które nie posiadają
doświadczeń płciowych, ale te, które cechuje brak charakteru. Nawet najbardziej
powierzchowna osoba nie powie, że relacje przedmałżeńskie są dowodem stałości
charakteru. Małżeństwo wymaga czegoś więcej, niż po prostu rozkoszy. Domaga się
także poświęceń i rezygnacji z siebie, i to one właśnie wzmagają nadzieję,
która stwarza twórcze napięcie i prowadzi do pełni uczuć, wiodąc ku szczęściu
osób i ich wzajemnej wierności.
Inni
z kolei utrzymują: „Jeśli mnie kochasz, okaż to w czynach”. Relacje płciowe
rozumiane są przez nich jako „dowód miłości”. Należałoby im odpowiedzieć, że
relacje te w rzeczywistości nie udowadniają niczego. Miłość narzeczonych
zyskuje coraz lepszą kondycję kierując się w odmienną stronę niż w przypadku
małżonków. Narzeczeni, którzy podejmują współżycie w rzeczywistości osłabiają
swoją miłość wzajemną, podczas, gdy kondycja miłości małżonków staje się coraz
lepsza przez relacje intymne, ale dzieje się tak dzięki radości wynikającej z
udziału we wspólnym życiu. Przed ostatecznym „tak” w dniu ślubu między młodymi
nie może być pełnej miłości małżeńskiej. Dlatego intymna relacja
przedmałżeńska, choć pozornie
podobna, to jednak faktycznie jest
zupełnie odmienna od relacji, jaka istnieje miedzy dwiema osobami złączonymi
ślubem, także w doświadczaniu radości. Jeden z filozofów mówi o współżyciu
przed ślubem następująco: „Nie wystarczy zgoda obojga, aby wzajemny rozbój stał
się uprawniony”.
Doświadczenie
wskazuje, że wiele par małżeńskich osiąga doskonałe zrozumienie we wzajemnych
relacjach dopiero po pewnym czasie. Natomiast oddanie narzeczonych nigdy nie
będzie pełne i nieodwracalne, jak w przypadku małżonków. Fakt podjęcia
współżycia przez narzeczonych nie uprawnia ich do porównywania się z
jakimkolwiek małżeństwem. Ponadto miłości do osoby nie „wypróbowuje” się. Wierzy
się w nią i przeżywa. Poddawanie próbom drugiej osoby jednoznacznie okazuje się
zamachem na jej godność. Osobę można wybrać i zaakceptować, czyli pokochać.
Poddanie próbie oznacza sprowadzenie do przedmiotu doświadczenia, w którym
sprawdzamy sprawność i wydajność. Oznacza więc przekształcenie człowieka w
„funkcję”. Tymczasem, najważniejsze i najbardziej znaczące wydarzenia w życiu
osoby: jej narodziny, miłość, małżeństwo, utrata dziewictwa, przekazywanie
życia, śmierć, zbawienie, mają jedyne i niepowtarzalne znaczenie.
Nie
da się wypróbować małżeństwa. Można je jedynie w odpowiedzialny sposób
przeżywać. Na zarzut lub pytanie: „Nie kochasz mnie na tyle, by się ze mną
przespać?”, trzeba mieć odwagę odpowiedzieć: „Na pewno kocham cię wystarczająco
mocno, by za ciebie wyjść za mąż (lub by się z tobą ożenić), ale małżeństwo
oznacza nie tylko wspólne sypianie, również jedzenie, życie, wzrastanie,
dojrzewanie, wychowywanie dzieci… Nawet gdybyś nie rozumiał mnie w pełni, okaż
sam, że kochasz mnie na tyle, by uszanować moje sumienie i czekaj”.
Wspólnota
życia narzeczonych nie jest pełna między innymi dlatego, że nie jest
nieodwołalna. Taka sytuacja jest naturalna, dobra, nieunikniona i
opatrznościowa. Dla człowieka, który przez całe życie kształtuje swój charakter
i dorasta do odpowiedzialnych decyzji potrzebna jest wyraźna granica, po
przekroczeniu której prawa i obowiązki stanu zostają ściśle określone i
związane z celami, którym służyć ma małżeństwo.
Istnieje
również argumentacja negatywna, nie tak głęboka, ujmująca problem z bardziej
„praktycznego punktu widzenia”. Gdyby poczęło się dziecko ma ono najświętsze
prawo przyjść na świat i wzrastać w łonie rodziny. A zdarza się tak, nawet
pomimo rozpowszechnionego, choć niegodziwego, stosowania środków antykoncepcyjnych.
Wówczas, albo bez wystarczających fundamentów budowane jest małżeństwo, które w
pośpiechu i bez gwarancji żywotności boryka się z górą problemów, albo związek
rozpada się i pozostaje matka bez męża a dziecko bez ojca. Taki bywa smutny
finał związku, który u swoich początków zdawał się być niezwykle „szczęśliwym”!
Czas
narzeczeństwa jest cenny i ma swój sens. Można powiedzieć, że dzisiejsze
zachowanie narzeczonych decyduje o jutrzejszym małżeństwie. Jeśli chłopak
ukształtuje się jako mężczyzna łaknący przyjemności, egoista gotowy jedynie
wymagać lub wręcz działać jak tyran, nie można oczekiwać, że małżeństwo zmieni
jego przyzwyczajenia. Jeśli natomiast przeciwnie, przekształci się w wiernego
towarzysza na całe życie, gotowego na przyjęcie i przyjemności i wspólnych
poświęceń, będzie to w bardzo dużym stopniu zasługą dobrze wykorzystanego
czasu, a w małżeństwie będzie on potrafił pomnożyć zainwestowany we własne
doskonalenie kapitał. Podobnie, ona potrzebuje dorastać w swojej formacji do
małżeństwa.
Kto
w nieskrępowany sposób prosi o „zaliczki” miłości, będzie spłacał obciążoną
hipotekę kosztem szczęścia i zdrowia, chorobami serca lub nerwów a nierzadko
nawet kosztem życia. Kto natomiast traktuje miłość serio, znajdzie radość… na
całe życie.
/Fragment książki ks. Arturo Cattaneo "...i żyli długo i szczęśliwie"/
|