Współudział małżonków we wszystkich problemach rodzinnych jest dzisiaj
powszechnie przyjętym zwyczajem. Decyzje, które mają wpływ na życie
rodzinne, powinny być podejmowane za obopólną zgodą. Jednakże w praktyce sprawy nie są takie proste.
Z jednej strony,
zawsze istnieje skłonność do tego, by poszczególne kwestie uważać za
leżące bardziej w kompetencji jednego lub drugiego małżonka.
Bezsprzecznie, największe trudności wywołuje miłość własna, która
przejawia się z wielką gwałtownością w chwili, gdy pragniemy narzucić
własne opinie.
Złoty środek dla uniknięcia podobnych, gwałtownych burz rodzinnych to zasada: dyskutować, a wręcz kłócić się (zawsze pamiętając o dekalogu „dobrego dyskutanta”) przed podjęciem decyzji. Po jej podjęciu uważać ją za własną nawet wtedy, gdy inna bardziej przypadłaby nam do gustu. Taki sposób postępowania nie jest słabością ani głupotą, przeciwnie, jest przejawem ducha sportowego, a nade wszystko miłości do współmałżonka i dzieci.
Rozważmy sytuację, w której trzeba zamieszkać w innym mieście ze względu na pracę męża. Być może, ostateczna decyzja należeć będzie w takich okolicznościach do niego, ale nie bez wcześniejszego oszacowania wszystkich racji żony i ewentualnie dzieci. Jeśli w końcu przeprowadzka okaże się niezbyt korzystna i nie dojdzie do skutku wobec pojawiających się kłopotów, mąż przyjmie podjętą decyzję o pozostaniu jako swoją i nie będzie obwiniał żony: „Widzisz, gdybyś mnie posłuchała, już mieszkalibyśmy w innym mieście…” I odwrotnie, gdyby doszło do przeprowadzki, a na nowym miejscu dzieci napotkałyby jakieś trudności, żona nie będzie nieustannie wypominać: „No widzisz, a mówiłam…”, lecz z uśmiechem pomoże dzieciom w przezwyciężeniu początkowych przeszkód.
Decyzja podejmowana w ten sposób, choćby okazała się nienajlepsza, stanowić będzie dla małżonków namacalny znak jedności i miłości. Dzięki temu będą oni mogli łatwiej przezwyciężać trudności, jakie pojawią się przy okazji niejednego wyboru.
/Fragment książki ks. Arturo Cattaneo "...i żyli długo i szczęśliwie"/
|