Jest rzeczą zupełnie naturalną, że każda osoba ma swoje zwyczaje,
gusta, zainteresowania, swoich przyjaciół… i rodziców. Ale jest również
oczywiste, że życie w małżeństwie, zwłaszcza, kiedy zaczynają pojawiać
się dzieci, ma swoje wymagania. Wymagania te nie mogą być stawiane na
tym samym poziomie, co inne zobowiązania czy rozrywki, z których koniec
końców, z takiego czy innego powodu, trzeba często rezygnować. Można byłoby próbować rozstrzygać te kwestie za pomocą negocjacji, np.
ustalając: „jeżeli pójdziesz ze mną na mecz, to potem pójdziemy razem
do teatru…”
Takie podejście, być może, byłoby poprawne z handlowego punktu widzenia, ale nie sprawdza się w życiu małżeńskim. Właściwa postawa tworzy się z zaangażowania miłości, jako owocu przysięgi złożonej podczas ślubowania. Wysiłek współmałżonków, aby przystosować się do wzajemnych zwyczajów i charakteru, stanowi część daru z siebie. Każde z nich będzie musiało podejmować trud stopniowej przemiany wszystkiego, co uniemożliwia proces ich zjednoczenia w życiu małżeńskim. Muszą rozwijać wspólne zainteresowania i odkrywać nowe zajęcia, które pochłoną ich oboje. Hobby lub zamiłowanie do określonej dyscypliny sportu wynika przecież często z przypadkowych okoliczności, albo jest efektem zażyłej przyjaźni. Mając na uwadze miłość do małżonka i rodziny można więc zmienić lub wybrać nową rozrywkę jako wspólny sposób spędzania wolnego czasu.
Niekiedy młodzi małżonkowie skarżą się i tłumaczą trudności małżeńskie swoją odmiennością. Mówią: „Jesteśmy tacy różni!…”
Może to jednak oznaczać, że przykładowo, on budzi się wcześnie, szybko wstaje, włącza radio na cały regulator i nie zastanawia się, a więc nie potrafi zrozumieć, jaką przyjemność ona czerpie z pozostawania jeszcze przez chwilę w łóżku. Nie dociera do niego, że może być jeszcze zmęczona, że nie jest skowronkiem tylko sową, że cały ten hałas i ruch mogą ją złościć. Następnie wieczorem, zdarza się coś odwrotnego. Ona zachowuje wielką aktywność, podczas gdy on idzie do łóżka i gdy się tylko położy, od razu zasypia. Trudności tego rodzaju zdarzają się nader często. Różnice dotyczą spania przy otwartych lub zamkniętych oknach, tendencji do przewidywania lub improwizacji, do wyprzedzania przyszłości lub do życia w teraźniejszości, rozrzutności lub skąpstwa i wielu, wielu innych skłonności i sytuacji, które jeśli nie zostaną odmienione, to w połączeniu z innymi małymi dziwactwami, przyzwyczajeniami i przywiązaniami sprawiają, że czara goryczy w końcu się przepełnia. Takie małe tragedie… które zdają się nie do przezwyciężenia, w rzeczywistości wcale takimi nie są. Wystarczy nieco cierpliwości, dobrego humoru, a przede wszystkim miłości, by poświęcić się, zrezygnować z czegoś, zaakceptować coś innego i nie czuć się przez to ofiarą. Nie traci się w ten sposób własnej osobowości.
Niekiedy rodzice jednego lub obojga małżonków stwarzają poważne zagrożenie dla szczęścia rodziny, zwłaszcza gdy są z dziećmi zbyt silnie związani, także w wymiarze materialnym. Poczucie, że się jest wiecznie małymi dziećmi może stanowić niemałą przeszkodę w harmonijnym rozwoju życia małżeńskiego. Zwłaszcza na początku, małżeństwo potrzebuje pewnej niezależności, by ukształtować swoją odrębność, usamodzielnić się i okrzepnąć. Nazbyt częste przywoływanie przykładu „mojej matki” lub „mojego ojca” jest męczące. Większe znaczenie niż „moi” i „twoi” powinien zyskać zaimek „nasi”.
/Fragment książki ks. Arturo Cattaneo "...i żyli długo i szczęśliwie"/
|