Zwykłe „współżycie” par, tak dziś rozpowszechnione, jest sytuacją
nieprawidłową. Ojciec Święty Jan Paweł II mówił o tym zjawisku następująco:
„Niejednokrotnie trudno się oprzeć przeświadczeniu, iż czyni się wszystko, aby
to, co jest «sytuacją
nieprawidłową»,
ukazać jako «prawidłowe»
i atrakcyjne, nadając temu zewnętrzne pozory fascynacji”.
Istnieje
zasadnicza różnica pomiędzy małżonkiem (łac. cum iugo: ten lub ta, z kim dzielę jarzmo) a towarzyszem (łac. cum pane, osoba, z którą dzielę chleb).
Ten ostatni jest zwykłym współbiesiadnikiem. W każdym razie posiłek dzielę z
kim chcę, przyszłość zaś jedynie ze współmałżonkiem.
Ponadto
zgoda wyrażona w dzień ślubu przez mężczyznę i kobietę jest czymś więcej niż
tylko wyjątkowo intensywnym momentem w ich uczuciowej przygodzie. Stanowi ona
jedyny i niepowtarzalny akt wolnej woli, który, na zawsze, czyni z małżonków
dłużników ich wzajemnej miłości.
Te
związki przyczynowo-skutkowe wskazują na przepaść pomiędzy kochankami i
małżonkami, między zwykłym współżyciem a byciem mężem i żoną, miedzy tylko
rodzeniem dzieci, a konstytuowaniem się rodziny.
Wraz
ze ślubem, za sprawą swojej woli, mąż przemienia się w mężczyznę tej kobiety,
która ze swej strony również z własnej woli, staje się kobietą tegoż mężczyzny.
Od tej chwili małżonkowie wzajemnie do siebie należą. Utworzona więź
przynależności sprawia, że tryska źródło zasilające wspólnotę życia oraz płodną
miłość. Nie są już mężczyzną i kobietą, ale małżonkami, parą, „jednym ciałem”
(Rdz 2, 24 i Mt 19, 6). Zdecydowali się w wolności
przekształcić bezinteresowność swojej miłości, która była u podstaw związku, w
wymaganie sprawiedliwości, w świadomy dług miłości.
Gdy
wraz z obopólnym małżeńskim „tak” małżonkowie zawierają zgodę (umowę), że będą
razem żyć, stają się wzajemnymi dłużnikami. Są już związkiem opartym nie tylko
na miłości, ale także na sprawiedliwości. Oznacza to, że stanowią jedność
utworzoną również w perspektywie wzajemnej powinności.
Jest
rzeczą oczywistą, że przynależność i oddanie się komuś, nie oznaczają stanu
niewolnictwa, w którym „pan każe a sługa musi” ślepo zaspakajać wszystkie
możliwe kaprysy swego władcy. Oddanie siebie samego oznacza zaangażowanie
własnej wolności w imię osobistego dobra i dla szczęścia drugiej osoby. Takie
zaangażowanie wymaga współmiernej odpowiedzi. Przedmiotem wzajemnego oddania
jest dobro obojga. Każde z małżonków zobowiązuje się zrobić wszystko, co
faktycznie przyczynia się do ich dobra i unikać wszystkiego, co temu dobru
szkodzi, nawet wówczas, gdy to działanie przeciwstawia się pragnieniom któregoś
z nich. Małżonkowie wszystko czynią z miłości, szukając wzajemnego dobra, choć
często okazuje się to trudne.
Tak
zwana „wolna miłość” natomiast, to określenie, które wabi słuch swoją
melodyjnością i grą słów. Stwarza jednak dwie iluzje. Pierwszą jest iluzja
bycia „wolnymi”, bez zaangażowania, drugą zaś iluzja kochania prawdziwie, bez
szczerego oddania. Nie tak współistnieje prawdziwa wolność i prawdziwa miłość.
Wolność, aby była autentyczna musi być zakorzeniona w prawdzie o miłości.
Miłość prawdziwa natomiast stanowi
całkowity i bezinteresowny dar. Jeśli wolność oznaczałaby uchylanie się od
zobowiązań i brak zaangażowania, to pomimo istniejącej fascynacji słowami, w
tym kontekście, nie mamy prawa łączyć słowa „wolność’ ze słowem „miłość”. Takie
zestawienie niszczy i zafałszowuje zarówno autentyczny sens miłości jak i
wolności.
Widzimy
więc, że zwykłe „współżycie” par, tak dziś rozpowszechnione, jest sytuacją
nieprawidłową. Istnienie takich par przyczynia się bardzo mocno do
zdegradowania samej instytucji małżeństwa, któremu przypisuje się tylko
znaczenie praktyki prawnej lub uznaje się je za sympatyczną, uroczystą
tradycję. Ojciec Święty Jan Paweł II mówi o tym zjawisku następująco:
„Niejednokrotnie trudno się oprzeć przeświadczeniu, iż czyni się wszystko, aby
to, co jest «sytuacją
nieprawidłową»,
co sprzeciwia się «prawdzie miłości» we wzajemnym
odniesieniu mężczyzn i kobiet, co rozbija jedność rodzin bez względu na
opłakane konsekwencje, zwłaszcza gdy chodzi o dzieci - ukazać jako «prawidłowe»
i atrakcyjne, nadając temu zewnętrzne pozory fascynacji”
(Jan Paweł II, List do rodzin,
n. 5).
Temu
kto odrzuca zaangażowanie niesłusznie zdaje się, że zachowuje wolność.
Nieustanne i trwożliwe unikanie wszelkich więzów i zobowiązań w praktykowaniu
wolności tworzy klimat neurotycznego egocentryzmu i nie pozwala poznać
właściwego znaczenia związku małżeńskiego jako „daru z siebie”. Taka pozornie
„wolna” postawa, oprócz tego, że jest bezpłodna dla miłości, powoduje, że
człowiek staje się niewolnikiem strachu przed zaangażowaniem i wywołuje ciągły
niepokój o siebie w poczuciu zagrożenia, które w rzeczywistości nie istnieje. W
świetle celu, dla którego wolność została nam udzielona, trudno się dziwić, że
źle wykorzystywana nie przynosi w pełni dobrych owoców lub pozostaje bez
owoców, gdyż „uświęcana” jest jedynie zwykła „możliwość” bez decyzji i bez
doskonalenia.
Człowiek,
choć ma możliwość podejmowania decyzji, może nigdy nie zaangażować się w
miłość. Wówczas jednak wolność, za sprawą dziwnej gry przeznaczenia, zostaje
brutalnie ograniczona i staje się karykaturą „wolności” -- zachowuje tylko
swoją nazwę. Paradoksalnie, choć wydaje się nam wówczas, że jesteśmy wolni -- jeśli
nie stanowimy o sobie samych w wystarczającym stopniu by móc złożyć dar z
siebie -- okazuje się, że związani z
ulotnością doznań i kaprysami chwili, wcale wolnymi nie jesteśmy. Przykładem
takiej postawy w literaturze jest postać don Juana, który aż do śmierci
rozpaczliwie ucieka przed jakąkolwiek więzią i zaangażowaniem.
/Fragment książki ks. Arturo Cattaneo "...i żyli długo i szczęśliwie"/
|